|
KSIĄŻKI KTÓRE POLECAMY: |
| "MASKA LUNY" |
|
|
Marzena Kowalska |
powiększ |
|
źródło: Recenzje naszych klientów: http://www.merlin.com.pl/frontend/towar/417821 |
|
|
Koszmar sennych mar
archeologa. To był kwiecień, a jednak temperatura na polanie, gdzie prowadzono badania archeologiczne, przynależała latu. Może dlatego badacze nie zauważyli wszystkiego wcześniej? Może to przez temperaturę, te badania archeologiczne – ratunkowe, tak poszły? A może po prostu były jak najbardziej zwyczajne. Ot kilka skorup, nie wiadomo skąd, kopa roboty i wylanego potu, czyli jak zwykle. Nic z tego, co wyobrażają sobie rzesze nieuświadomionego gminu. A jednak... Jednak przyszedł czas, że i oni coś odkryli. Ale tak trudno w to wszystko uwierzyć, w to, że otworzyli portal do innego świata. Że odnaleźli kolejne Stonehenge, może i mocniejsze od tamtego, nie tyle zegar, ale przejście w przeszłość, magiczne i mroczne nieznane. Przerażająca dla mnie, archeologa, jest realność tego, co się dzieje, co jest fabułą tej opowieści. Monotonia wykopalisk, walka o granty na badania, pozwolenia i odpychanie tego, co przy badaniach ratunkowych jest wyrocznią – terminów postępu. Wszystko to znam z własnego podwórka. Miesiąc ciężkich, własnoręcznych badań, który przynosi tylko garście skorup, których datowanie trudno rozpoznać. I pytanie – po co? Po co odnajdywać pozostałości po tych, którzy przecież dawno już odeszli. I w końcu to przeświadczenie, wdzierające się w często przealkoholizowaną podświadomość, po żmudnej pracy, że przecież ktoś tu żył. Może więc pozostawił po sobie coś więcej, niż tylko materialną kupkę, może i siłę, która unosi się nad tym miejscem? Energię, która pozostała tu, gdzie jej miejsce? Bo przecież tamci ludzie nosili w sobie siłę i pragnienia, marzenia i wierzenia, które głęboko naznaczały ich codzienność. Która czeka, by ją uwolnić. Takich ludzi często nazywa się nasieniem Danikena. Wyśmiewa i skazuje na archeologiczną i naukową banicję. Jednak, czy nie mamy prawa do uznania pewnych wydarzeń, dziwów i cudów? „Maska Luny” to mieszanina wątpliwości rasowego badacza, który nagle uświadamia sobie, że jakieś siły istnieją, i niestety, ale wybrały sobie właśnie to miejsce. Książka jest świetnym debiutem. Historią nader wartką, mocną i prawdziwą, trafiającą w nasze karmione opowieściami przodków umysły, aż nazbyt łatwo. A poprzez to przerażającą. Z jednej strony archeologicznie nieprawdopodobna, z drugiej, dlaczego nie? Przecież tutaj staje się ona prawdą. Ułuda nagle miesza się z rzeczywistością, i to bez alkoholowego zabarwienia. Osoby odkrywają swoje drugie „ja”, stają się opętane, ale i nieświadome. A podzielona na dwie części: wykopaliskową i „po”, pozwala nam wejść prawdziwie nie tylko w psychikę głównego bohatera, ale i targające jego naukową duszą uczucia. Duszą, która przecież nie może skłaniać się ku bajkom i magii. Ale też w psychikę zakochaną, która dopiero pozwala sobie na to uczucie. Autor umiejętnie dawkuje napięcie, jest prawdziwy do granic możliwości, gdy pokazuje jak ciężko załatwić lekarskie formalności, potęguje emocje. Jednocześnie jest prawdziwy. Czerpie pełnymi garściami z mitu Wielkiej Matki, ale i wtapia w niego własne przemyślenia. Tworzy teorie, a jednocześnie staje się tym, który ich doświadcza. Moździoch (tak na boku, podobnie nazywał się mój wykładowca) jest autorem, ale i pierwszym „zwierzątkiem doświadczalnym”, które wypróbowuje na sobie ich działanie. Prawdziwy w aspektach archeologicznych, czasem aż przeraża przytaczając znane mi historie o profesorach. Czy to horror, czy thriller? Nie potrafię tego tak do końca określić. Ale znam ten strach i choć w moim wypadku duchy na cmentarzysku kultury łużyckiej, okazały się być tupiącym jeżem, kto wie, co drzemało w urnach? Poza nieboszczykami, oczywiście? |
|
|
|
|
|
|
|
![]() |